250 km żeby zjeść jajecznicę – słów kilka o ŚnG Berlin 2020

Kiedy piszę te słowa minęły dokładnie 48 godziny od czasu pierwszego Śniadania & Gabloty poza Polską. W czasie ogólnoświatowej pandemii i większego lub mniejszego strachu przed wirusem wydawało się – z perspektywy takiego człowieczka jak niżej podpisany – niemożliwe do ogarnięcia. Odwilż pandemiczna, sezon w wersji “Lite” ruszył.

I stało się – ŚnG Berlin, pierwsze z wyjazdowych śniadań o których plotkowało się, stało się faktem. Miejscem spotkania była berlińska siedziba Classic Remise. Ale ale – czym Classic Remise jest?

Najprościej – miejscem dla petrolheadów kochających tę starsza motoryzację (ale i nie tylko), kompleksowym miejscem gdzie przechowamy w szklanym boxie swojego rodzynka, oddamy go w ręce mechaników czy zapiszemy się do klubu właścicieli starych samochodów. Co prócz tego? Sklepy, showroomy i dealerzy, pakiet firm która zadba o wygląd twojego auta. Idealne miejsce dla eventów oraz restauracja z ogródkiem piwnym.

Samo “żywe muzeum samochodowe” jak jest nazywane Classic Remise Berlin powstało w zajezdni tramwajowej z 1900 roku. Budynek odnowiono i przystosowano do celów motoryzacyjnych. Wejście jest za darmo, co jest ważne dla tych którzy chcą odwiedzić miejsce w którym klasyka zderza się z nowoczesnością, gdzie Aston Martin DB5 stoi obok Countacha 5000 QV, który patrzy na Astona Martina Zagato, a ten odpoczywa przy TechArt 911. Ah – mógłbym tak wymieniać w nieskończoność, ale czas opowiedzieć o śniadaniu.

Dla jasności – razem z czterema innymi maniakami uznaliśmy, że będzie bardzo dobrze pojechać 240 km i zjeść śniadanie. I jak pomyśleliśmy tak zrobiliśmy. Dojazd bezproblemowy, praktycznie non stop autostradami. Jedyne co musicie pamiętać będąc w Niemczech, a dokładnie wybierając się do Berlina – musicie zakupić specjalną “eko-naklejkę” oznaczając do których stref miasta możecie wjechać. Inaczej skończy się mandatem, a tego nikt nie chce.

Pomimo, że przyjechaliśmy dość wcześnie to plac przy budynku był już wypełniony samochodami. Pozostało nam zaparkować na parkingu blisko wejścia, zaraz obok nowej serii 8 i serii 5. Sam budynek robi wrażenie. Masywny, ceglany. Typowa zajezdnia, ale po wejściu na parking bardzo szybko zniknęło to przeświadczenie – po prawej kolekcja Porsche i rodzynek w postaci Jaguara E-Type z V12 pod maską. Restauracją, która obsługiwała ŚnG była “Parc fermé”, idealna nazwa dla restauracji, która znajduje się w takim miejscu.

Po tym jak dojechały wszystkie rodzynki – Alfa Romeo 4C, Giulia QV, cała flota aut Josepha – BAC Mono, McLaren 600LT, Lamborghnini Aventador SVJ Roadster i Porsche GT3RS z pakietem Weissach, prócz tego na placu już stały A110S (którą miałem okazję pojeździć), Ferrari 355 GTS czy pokręcony mały Fiacik 500 Abarth 595. Ufff. To tylko część tego co było przed. Po uiszczeniu 25 Euro opłaty i otrzymaniu opaski można było rozgościć się w środku. Wielka sala, w której stał klasyczny foodtruck, Alfa Romeo 4C (już druga i którą kocham jeszcze mocniej) i Renault Clio V6. Kolega mówił, że jest tam jeszcze motocykl, ale ja zobaczyłem tylko auta.

Kiedy piszę ten tekst rozmawiałem ze Sławkiem, organizatorem i głową tejsted.pl oraz Śniadania & Gabloty (wywiad z nim przeczytacie TUTAJ), który dostał informację od menedżerki, że sprzedało się 150 śniadań (czyli coś koło 200 ludzi licząc z ludźmi, którzy nie jedli), a ona sama jest zachwycona postawą gości i tym jak grzeczni i uprzejmi uczestnicy byli. Przyznała się jednocześnie, że pozytywnie ich zaskoczyła ilość ludzi jaka się pojawiła w ramach eventu.

Takie pochwały i statystki muszą się każdemu podobać, a coś czuję że Poros ze swoimi ludźmi już kombinuje nad kolejnym eventami z cykli Śniadanie & Gablota.


#Jedzenie, czyli drugie śniadanie

Osobny rozdział należy się temu co mieliśmy okazję tam spróbować (i nie spróbować, bo znikało szybko). Od klasyki śniadaniowej czyli białych kiełbasek, jajecznicy i smażonego bekonu po tak cudowne rzeczy jak risotto z pieczoną rybą czy makaron z sosem z pesto. Wszystko pyszne, wszystko cudowne i podawane z zachowaniem wszelkich środków bezpieczeństwa. Prócz “głównych dań” mieliśmy też szeroki wybór dodatków i starterów – od rogalików i białego pieczywa w postaci bułek po talerzyki z płatami łososia i serkiem, sałatek śródziemnomorskich z krewetkami, suszonymi pomidorami i ciemnym pieczywem aż do sałatek owocowych. Na samą myśl o niedzieli robię się ponownie głodny. Ciepłe posiłki były zaskakujące, jak risotto czy makaron, ale można też było wybrać pieczone ziemniaczki, kurczaka pieczonego z sosem czy już wspomniane “klasyki” śniadaniowe.

Na sam koniec – deser. Jogurt, Serek z ciastem (nie jestem typowym smakoszem) który wydaje się, że był jakąś wariacją tiramisu i kolejne wariacje sałatek owocowych.

Niebo w gębie. Krótko można to tak opisać 😀 Szkoda, że człowiek ma ograniczoną pojemność bo można by spędzić cały dzień na jedzeniu.

#Samochody, czyli to gdzie odpłynąłem

Jak już wiecie albo jeszcze nie – w “Śniadanie & Gablota” mamy dwa człony i teraz będzie o tym drugim. Bo gabloty i to nie tylko te które przyjechały z Polski, robiły największe wrażenie. W sumie to dawno nie jadłem tak szybko śniadania, żeby pójść coś pooglądać 😉 A wszystko zaczęło się od Astona Martina Zagato. Jeden z 99 wyprodukowanych. Pod maską 6.0 litra V12. Wolnossące. Moc? 605 koni. I ten samochód sprawił, że musiałem raczej szybko skończyć co jadłem i udać się w kierunku sekcji z samochodami. Wejścia w niedziele były dwa – od strony szklanych garaży albo od strony warsztatowej. Zdecydowałem się na podróż od strony garażowej. Dlaczego? Bo moją uwagę przykuły inne rodzynki – takie jak BMW Z8 czy Shelby Daytona. Po wejściu jednak to był dopiero czubek góry lodowej. Bo obok Aventadora czy 720S w sekcji otwartej stały między innymi Mustang Mach1 300Sl Gullwing czy Testarosa. I było to pierwsze spotkanie z moim idolem z lat dziecięcych. Mogłem w pełni zobaczyć auto, które miałem w formie zabawkowej jak i zdjęciowej na ścianie w formie plakatu. Odwróciłem się i zobaczyłem kolejne dwie. Jedną czarną i jedną białą, biała jak ta z serialu “Policjanci z Miami”. Czułem się jak ten 5 letni Wojtek oglądajacy serial trzymający model bburago. Łęzka się zakręciła.

Ale nie “wolnostojace” auta były jedynymi rodzynkami. Zaglądając do boksów naszym oczom ukazywały się Diablo, Diablo SV. Dino Ferrari. Kolejnym WOW był Aston Martin DB5. Jakby to powiedziała młodsza wersja mnie – taki najprawdziwszy na świecie. Miałem okazję widzieć już Countacha 25th Anniversary, ale tam zobaczyłem Countacha 5000 QV. Biały jak śnieg, który filmowy Jordan Belfort jadł w postaci “Cytrynek”. Czy mogło być lepiej? Ano mogło. Wystarczyło podejść do siedzib klubów motoryzacyjnych. A tam co? Klasyczne rajdowe Alfy (nawet nie chcę wiedzieć ile warte) i – o ile mnie nie zmyliła odległość i brak oświetlenia – jeden z pierwszych prawdziwych srebrnych strzał Mercedesa. Serce zabiło mocniej.

Zostawiając część szklaną (więcej zobaczycie pewnie na wideo które skleje niedługo) przejdźmy do showroomów dealerów i warsztatów – tam M2 CS. Jak nie przepadam za BMW to CS należy do aut, które chciałbym mieć w garażu. Obok stal Aventador SVJ w wersji coupe. Serce również zabiło mocniej przy tym aucie. Wspominałem wcześniej, że Classic Remise to nie tylko swego rodzaju muzeum, ale też normalnie działające warsztaty – samochodów niemieckich, włoskich, brytyjskich, ale można było zobaczyć kombinacje róznych aut. W większości klasycznych.
Na koniec opisywania samej Remise warto wspomnieć o miejscu w którym stało lekko 70mln złotych. A mowa o serwisie i dealerze aut klasy hiper – na wystawie Enzo Ferrari, 918 Spyder, Senna i Senna GTR oraz Veyron. Ukryte trochę w tle LaFerrari i dwie 488 Pisty tylko dodawały uśmiechu na twarzy.

Otwarte garaże piętrowe i tam takie rodzynki jak VW XL1, autko trochę zapomniane ale jednocześnie bardzo ciekawe w swojej budowie i założeniu. A w tle, lekko oświetlony i mocno zakurzony SLS AMG Black Series. Pozwalając się lekko zgubić można było trafić na warsztat motocyklowe i sklepy. Od modeli po gadżety na albumach i książkach kończąc. Kusił również dealer łodzi Riva, który w części otwartej ze szklanymi boksami trzymał specjalny transporter RivaBus z lat `60.

ŚnG Berlin 2020 to był powiew już nawet nie świeżego powietrza, ale potężny wdech tego co chyba wszyscy potrzebowali w tych dziwnych czasach.

#Powrót

Jednak każda podróż musi się skończyć. Po blisko 5h w tym miejscu jeszcze mi mało i chcę tam wrócić. Wracaliśmy najedzeni, ale głodni wrażeń motoryzacyjnych. Szczególnie, że Berlin żegnał nas okazjonalnie mijanymi klasykami i autami egzotycznymi. Sama stolica Niemiec ma swój urok. Klimat i kusi do powrotu.

O tym jak się czuliśmy jadąc, niech świadczy fakt że przejeżdżając ulicami berlina z głośników mojego radia poleciała Nena – 99 Luftbaloons, który to utwór został puszczony przez jedną ze stacji radiowych.

Na sam koniec – chciałbym podziękować Sławkowi i Maćkowi którzy ogarnęli ten event, specjalne słowa uznania idą do menegerów Classic Remise w Berlinie, że nie bali się i weszli w to.

Ekipo wyjazdowa w postaci moich kumpli i przyjaciół – Rafał, Paweł, Marcin i Mariusz. To był znak, że teraz każdy taki trip musi się odbywać w podobnym składzie.

Paweł, Bartek, Gabriel, Sławek i Maciek oraz cała reszta – widujemy się raz na ruski rok podczas różnych okazji, głównie śniadaniowych, ale jak zawsze świetnie było się spotkać, pogadać i pośmiać się 😀

Another one – Joseph aka the.collection. Your cars are doing the job and it was great to get a high five. You motivate to act and strive to fulfill automotive dreams.

Zuguterletzt. Vielen Dank an alle Classic Remise. Und drücken Sie Ihre Bewunderung für die Schaffung eines Ortes aus, an dem Menschen, die in den 90er Jahren geboren wurden, ihre Autohelden treffen können, die stolz an der Wand hingen oder in Form eines Spielzeugs auf einem Regal standen.

zdjęcie okładkowe: Classic Remise Berlin
Pozostałe zdjęcia: Autor

Wszystkie zdjęcia z imprezy znajdzie w tym ALBUMIE